środa, 21 stycznia 2009
Folderowy Świat
wtorek, 17 czerwca 2008
Demony Pośredniaka
Wybiorę się tam na godzinę czternastą, żeby wysłuchać, że Powiatowy Urząd Pracy nie ma mi nic do zaoferowania. Jakby takich rzeczy nie można było załatwić przez telefon czy listownie. To niesmaczne mam dość słuchania opowieści, że w zasadzie wszystko można, ale tak naprawdę nic nie można! W prasie natknąłem się na artykuł, w którym pisze się o powolnej agonii Rzeczpospolitej. Prace jak prorokował globalnie Lem, dostają tylko ludzie z klucza – znajomi, rodzina! Wszędzie koteria i konsorcja. Społeczeństwo przechodzi przez etap socjalizacji sfiksowanej. Młode pokolenie traci czas na edukacje, podczas gdy stanowiska pracy w różnych sektorach otrzymają i tak innego typu „fachowcy” lub emeryci podwójnie ściągający pobory.
Dyrektorka z PUP, powie mi jak jej przykro, bo mam udokumentowany za mały staż bezrobotnego. Pytam się. W czym PUP może mi pomóc, żebym mógł mieszkać w Polsce? Mam przychodzić, co miesiąc do pośredniaka, stać w kolejce z ludźmi, jak ostatnio było pijanymi, dla których jedyną alternatywą pozostało znieczulić się narodowym narkotykiem i słyszeć pieśń. - Pan sobie poradzi; są ludzie bez wykształcenia, najpierw dla nich są kursy, dofinansowania!
Implikacja - Za rozum, ambicje,umiejętności, w Polsce jest się tylko karanym.
Tragikomedia, kiedyś w PUPIE jedna z pań socjolog, która, odpowiedzialna była za szkolenia i rozmowy, poprosiła mnie abym ja bezrobotny sporządził jej mowę dla pracodawcy, przemawiającego na targach pracy do młodzieży!
Nie pasuję pod żaden kodeks, jestem zdrowy, nie mam grupy inwalidzkiej, zawód kulturoznawcy w Jeleniej Górze, to zagrożenie dla tutejszych kaowców, no i najgorsze przez ostatnie pół roku nie byłem zarejestrowany jako bezrobotny.
Szkoda, że nie jest pan niepełnosprawny! Powiedziała ostatnio pani dyrektor! Czyli do PUP-y, nie mam, po co chodzić, przecież ubezpieczony jestem we własnym zakresie, więc
wystawanie w kolejce, po to żeby się tylko podpisać nie ma najmniejszego
sensu; ani mi tam pracy przenigdy nie dadzą, ani pieniędzy i w niczym nie
pomogą.
Stan agonalny w kraju cwaniaków?
Jeśli w najbliższym czasie sytuacja się nie znormalizuje wraz z żoną wyjeżdżam stąd oby jak najdalej, aby już nigdy tu nie wrócić, ale dziś nie ma lekko,dziś posłucham sprawozdania urzędniczego rodem z "Procesu” Kafki.
Wszystko jest użyteczne!
Plują nam w twarz paragrafami i lokalną bezwzględnością!
Znalazłem sobie z własnej inicjatywy skorelowaną z zawodem pracę, ale, co tam, muszę stanąć do apelu poległych, żebrać o pokrycie kosztów zatrudnienia. Nie mam szans! Trzeba czekać wiele miesięcy, aby nabyć prawa wedle paragrafu do 500 zł stażu.
Z racji, że moja sytuacja jest wyjątkowa pani dyrektor wręcza mi awans na miarę polskiej rzeczywistości.
HURA! Nie muszę już jak wszyscy stać w kolejce, mogę bezpośrednio podpisywać się w gabinecie dyrektorki, która będzie mi osobiście sprawdzać ogłoszenia pod kątem zawodowym. i życzyć wszystkiego dobrego w czekaniu do grobowej deski.
AMEN!
Ostatni Traper Rzeczpospolitej
Na pomysł przejścia beskidzkiego szlaku GSB wpadłem podczas okazjonalnej wycieczki w Beskid Śląski. Głośno wówczas powiedziałem: a gdyby tak pociągnąć tę ścieżkę do końca i to zimą! Trzeba było czasu żeby się w tym temacie rozeznać, ale wszystko poszło swoim torem i tak rozeszła się wieść, że idę, że jestem w centrum, że kraj mnie obserwuje.
Pierwsze dni były krytyczne, pokusa by zrezygnować atakowała. Przykładowo: Pędzi wyciąg w górę obok człowieka, a tu trzeba wchodzić na Czantorię z 30-kilogramowym bagażem, w takich chwilach nie można pękać.
Jestem Kaszubem, ciągnie mnie zimą w góry. Lato jest czymś innym, wszędzie pełno ludzi miejskiego gwaru na szlakach. Karpaty to rozlegle pasmo, a w tym miejscu nie było mnie od schyłku lat osiemdziesiątych wówczas, gdy cały ten tabor świeżo był postawiony. Przebywałem, tu na waleta..., mam wyjątkowy charakter. Ówczesny właściciel postawił mi ultimatum, ale ja uparłem się przy swoim! Ze mną jest tak, że już jesienią główkuję, aby zacząć wędrówkę. Na pewno już nie wymyję cuchnącego piwem czajnika; to se już ne vrati, ale po 20 latach zadośćuczynię w inny sposób, znowu jestem w tym samym miejscu.
- Potencjalnie w tym samym, bo las urósł i już nie widać skał, a jeszcze dziesięć lat temu przebijało przez drzewa jak ktoś się drapał tam gdzie go nie swędzi.
Góry, to góry, skały są czystą gimnastyką podbudowaną narcyzmem napinaczy, prawda brzmi okrutnie, w Tatrach, większość z nich nie urobiłaby prostej drogi.
- Masz punkt odniesienia siedmiotysięcznik w Himalajach.
Trzeba już wracać W domu nie byłem od paru miesięcy, ludzie się dziwią, jak moja rodzina, to znosi, a ci co zdradzają drążą, jakie ja mam małżeństwo?
- Kupiłem płyn do mycia szyb w kominku.
W porządku, i myj zawsze jak szyba ostygnie, akumulator powinien jeszcze z tydzień pociągnąć, a potem dzwoń do Mariana.
- Nie miałem okazji go poznać?
Facet inteligentny dużo podróżuje, a tu pilnuje lasu nie dla niego praca w mieście.
- Ok. jak sprzęt siądzie, to dzwonie, ale co mi tam prądu potrzeba...
Sprawa ze zwierzakami. Póki, co karmy powinno im starczyć. Nandze możesz te suche bułki dorzucić do michy. Luny nie rozpieszczaj, bo za bardzo się panoszy.
- Mam alergię na sierść kota.
Tym bardziej, niech załatwia się w lesie, a nie do kuwety. Koty, to dranie, kiedyś w Beskidzie Niskim, rys mi zmoczył namiot, śmierdzi, do tej pory...
- Ciekawe.
Za bardzo nie synchronizuj dnia, bo licho obserwuje. Podam przykład idę do wioski, na zakupy do sklepu, a tu facet z lasu, z piłą spalinową wychodzi i powiada: Pan, to zawsze o tej porze, po piwo i bułeczki. Ty nie wiesz, że oni wiedzą!
- Co ma być,to będzie żywcem mnie nie wezmą.
Różnie ludzie reagują. Wojtek jak tu zostaje, zasłania okna ręcznikami i nasłuchuje czy aby ktoś nie nadchodził. Marian śmieje się z tego i mówi: po co wywoływać wilka z lasu, kiedy więcej jest tego całego gangsterstwa w mieście niż w przyrodzie. Pomyśl czy ktoś o wyśrubowanych materialnie ambicjach idzie kraść do lasu?
- Co tam strach jest jeszcze ktoś Ponad!
No, to dobrze, bo inni, boją się duchów. Całymi dniami i nocami samemu w lesie... Z własnego doświadczenia powiem, że ludzie nawet na zawal serca potrafią umrzeć, kiedy słyszą i widza rozmaite fantomy czy mgliste zjawy bliskich.
- Daleki jestem w tych sprawach od sceptycyzmu, każdego dnia coś próbuje upodlić człowieka, zdegenerować, uwstecznić!
Wyobraźnia i psychika plątają figle: strach przed odgłosami natury, wyciem wilków, ujadaniem saren, a nawet śpiewem ptaków.
- Hm!
Jest jeszcze Nanga, naturalny komunikator, szczeka i biegnie w las, gdy coś się dzieje podkręca atmosferę.
- Coś ty, lepiej z gryzlimi mieć do czynienia niż z bydlakami!
To prawda zwierzęta nie, a ludzie pewnie gdyby im pozwolić, to by się wzajemnie pozagryzali.
- Żeby nas to nie dotyczyło, żeby nic nikomu nie trzeba było udowadniać, rozkazywać, z nikim konkurować, ile to już człowiek stracił czasu i energii na te buraczane niuanse.
Trzeba mieć swoje Karpaty i plecak na ramieniu, to są inne tory. Śni ci się las, skały, krajobrazy. Nie trzeba tak pędzić, słońce wschodzi i zachodzi, to wszystko starcza, tyle dynamiki przynosi każda pogoda. Zwierzęta tym bardziej, każdy gatunek ma swoją witalność, wysoce komunikuje. Lekko słońce przygrzeje już mrówki wychodzą ze swoich kopców, para myszołowów mknie nad skałami, drozdy, kosy, sikorki, dzięcioły, grzywacze...
- W mieście nie ma zlituj, harpie i labirynt szczurów, żaden romantyzm.
W waszym regionie fakt widać brak gospodarności, ludzie piramidę gnoju koło domu stawiają. Chodzę, to widzę, cały Dziki Wschód tu zajechał, osadnicy dbają o Dolny Śląsk jak o dom robotniczy! Każdy fragment tutejszej rzeczywistości mówi o tych ludziach kim oni są.
- To prawda! Moi rodzice przyjechali w Sudety z Mazowsza, ale znajomych mam o rodowodach ukraińskich, niemieckich, białoruskich czy litewskich, tylko, że mało, kto jest w stanie się przyznać do starych korzeni, a z nowym otoczeniem, też się nie identyfikuje. Masz rację: Dom Robotniczy!
Ale co chcesz tu była Trzecia Rzesza!
- Paradoksalnie można nazwać ziemie wroga ojczyzną, tylko, że mój ojciec rodził się w Skierniewicach, a nie w Hirschberg. Wiec jestem czy nie jestem u siebie?
Dlatego preferuje Karpaty. W Sudetach ludzie nie tylko są na bakier z poniemieckim dobytkiem, ale i z naturą, ona nie jest dla nich do końca swojska.
- To są sprawy zawiłe, ziemie przyznane, a nie odzyskane. Ciągle śmierdzi tu swastyką, złożoność urasta, a z nią rozdarcie, poczucie braku tożsamości. Polska i Warszawa dla Dolno-Ślązaków to coś odległego, bliżej stąd do Pragi, Berlina, Bratysławy, Budapesztu czy nawet Wiednia.
U nas na Kaszubach jest inaczej. Ludzie to społeczność dbającą o region, tożsamość i otoczenie. Dla nas liczy się reputacja, ukradniesz coś, masz piętno złodzieja i to do końca życia. Jesteś niegospodarnym brudasem wszyscy ciebie palcami wytykają i nikomu do głowy nie przyjdzie stawiać na środku podwórka gnojowych kopców "Kościuszki".
- Niemcy, tożsamości wspólnej z nimi nie mam, podobnie jak z Warszawą. Zostaje mi tylko figura mentalna, zadanie domowe z zakresu multikulturowości.
Ziemia Babel! Trzeba stąd uciekać oszczędzić sobie dalszego widoku stojących od 60 lat ruin, nawet ekonomia człowieka do tego zmusza, żeby nie patrzeć już na to wszystko.
Emigracja, to nie jest łatwy chleb. Poszedłbyś do roboty na wysokościach, za sezon jest tyle pieniędzy, co inni maja w rok.
- Dzięki już pracowałem. W moim przypadku nie jest, to żadne rozwiązanie, emerytury z tego nie ma, podobnie jak z tego, co teraz tu robimy. Zamiast constans happeningu potrzebuje jak drzewa stojące w lesie spokojnego wzrostu i stałych jak w przyrodzie w miarę dobrych warunków, no i banalnie słońca, deszczu, gleby do życia...
Nie żal ci tych przestrzeni, krajobrazu...
- Wyobraź sobie, że wyrosłem z tego żalu!
Wiosna się robi, plotki mówią o wilkach w Górach Łużyckich, ruszę niedługo w Polskę: Lublin, Bieszczady, Warmia, Wejherowo. Latem na taborze nie idzie wypocząć, a i też bardziej opłacalna robota na mnie czeka. Trzeba szukać prostych rozwiązań, a nie splinu ciągłego marudzenia.
- Spadek bezrobocia, wiem coś o tym. Latem dużo więcej ofert niż w zimę. Wyjdzie lub nie wyjdzie liczy się poszukiwanie: dwojnica, fujara alikwotowa, drumla, a gdy nie pasuje ci akordeon, przechodzisz na didgeridoo, boli cię przepona spróbuj z gitarą, aż coś w końcu zaskoczy np. casting na 900-lecie Sarniej Łąki, wysłali mi e-maila, żebym na niego poszedł, dawali 300 sarnich funtów.
Staszek będzie chciał, to wszystko uruchomić.
- Nasz wspólny narodowy łabędzi śpiew.
Może wasz, my Kaszubi, nie stoimy bezradnie, gdy dom się wali działamy i to zaraz. Na tej zasadzie wykonałem obudowę piecyka, wyszlifowałem podłogę, zwiozłem kwiatki żeby było radośniej, na górze zamontowałem biurko..., Wszystko wykonałem z własnej nie przymuszonej inicjatywy!
- Tak, widzę i w pełni pojmuję...
*
Zima tego roku nie dopisała, wiosna zaczęła się tym, czego nie było zimą wszędzie mnóstwo śniegu. Czy doskwiera mi samotność, albo czy się nudzę, ani jedno ani drugie. Mam wrażenie jakbym znajdował się gdzieś daleko cisza, spokój, kot i pies żyją jak większość ludzi nie potrafi! A Staszek, to pleciuga, potrzebuje ludzi, ale pluje im w twarz. Wszystko może zwrócić się przeciwko człowiekowi, a potem przychodzi rozgoryczenie, poszukiwanie wady w samym sobie, wyszło źle, a tyle się starałeś, ale co tam, było minęło.
Co jeszcze pilnuję, uczę się języka, gram. Lunę pewnego dnia wystraszyły wałęsające się po lesie nastolatki. Minąłem ich w trasie, szli jak taran, prawdopodobnie byli pod wpływem jakiejś substancji, rozbijali butelki, łamali drzewa, i te decybele. Kot jeszcze młody doznał traumy, ale znalazł się po dwóch dniach cały i zdrowy, przyprowadzili go ludzie z Bobrowa/Boberstein.
Jedni ratują życie, inni je z pietyzmem niszczą. Mniejsze grupy ludzkie trzymają jeszcze fason, ale od ośmiu osób wzwyż zaczyna się ta niewidzialna granica, kiedy to z jednostek wykluwa się zbarbaryzowany tłum. Potrzebne są jeszcze Hitlery, Staliny, Pol Poty, Karadžicze.
Tak masa ma swą ciężkość, punkt krytyczny. Każdy ruch, gest, śmiech, a może raczej rżenie jest zapowiedzią przyszłej eksplozji.
Przyjechali robić wszystko jedno, co. Nie spoufalam się, nie wyrzucam w świat tego wszystkiego, o czym nie warto nawet wspominać. Ognisko płonie, goście szaleją, nie obchodzi mnie, co sobie o mnie myślą, nie obchodzi mnie ich opinia uśmiecham się i patrzę na to wszystko z pewnej odległości.
Jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze gorzej. W Staszku, też to siedzi, ta woda na młyn, rozkochał się w regule i do grobowej deski nie odpuści, już lepiej jest jak Zbychu być z plecakiem.
- Po drodze ze Stożka syf, breja śnieżna, roztopy i błoto albo lód. Mam wolne tempo przez to no i przez tego wora ciężkiego. Waży ponad 25 kg, w tył odchyla... Po drodze będę coś z nim kombinował... Pozdrawiam.
Samoloty w nocy pulsują światłami i wyją, marzeniem moim jest być w jednym z nich by stąd odfrunąć!
- Śpię w lesie za schroniskiem Przysłup pod Baranią Górą. Po drodze nadal syf, błoto albo lód.
Czym jest tutejsze pomniejsze jutro, nielegalną pracą, mieszkaniem w betonowych slumsach, przyjazdem Wojtka ostatniego cyklisty na horyzoncie świetlistego szlaku?
- Teraz mocno wieje, czasami tarmosi człekiem po ścieżce. Od hali Rysianki śnieg. Wczoraj pobłądziłem, straciłem godziny. Są zrywki drewna i zrywają razem ze znakami szlaku...
Na Rysiance spotkałem miłych ludzi. Obfotografowali mnie jak małpę i wyślą tobie na napieraj. I nie dramatyzuj jak nie ma kontaktu. Mi jest gorzej jak wieczorkiem nie mogę napisać.
Bartek i Ryś mają rację! Te słupki, podesty pod namioty, ulokowane tuż za ogniskiem, są jak cmentarz toborowych, kiedy przychodzi noc zombiaki z wolna podnoszą się z szeolu, niepostrzeżenie wchodząc w nowe ofiary. W latrynie też trzeba uważać, ludzie w to nie dowierzają zamiast wodnika Szuwarka mieszka tam duch taboru, nie dość, że straszy, to jeszcze śmierdzi, zwierzyna płowa szerokim łukiem instynktownie omija te miejsce, lecz ludzie wciąż brną po lamblie i owsiki.
niedziela, 6 stycznia 2008
Profanum
Uroczy komplet: haleczka, czapeczka z pomponem i stringi - idealny na świąteczny prezent. Haleczka wykonana z miękkiej, przejrzystej tkaniny wygląda na ciele niezwykle zwiewnie. Szelki obszyte są miękkim puszkiem. Można je nosić tradycyjnie lub opuszczone na ramiona. Na środku kokardka z małymi dzwoneczkami na końcach. Dolna część haleczki w kształcie fali optycznie wysmukla talię. Cały komplet dzięki soczystej czerwieni połączonej z białym puszkiem wygląda wyjątkowo świątecznie.
- Położyć gładź szpachlową na sufit czy ściany, to nie jest taka prosta sprawa. Dam sobie radę z malowaniem, ale do układania podłóg i wyrównania ścian będę musiał ściągnąć Jurka.
- Jak Jurek Ci to zrobi, skoro jest we Wrocławiu i bawi się w elektrykę?
-Teraz jest zajęty, a wolnym czasie na pewno będzie chciał dorobić. Zresztą wolę dać w łapę komuś z rodziny, niż płacić nie wiadomo, komu.
- A może Jurek będzie chciał odpocząć, a ty sobie planujesz remonty i to jeszcze w takim czasie? Może będzie chciał pojechać do matki, odwiedzić dom, rodzinę?
- Nie ma, co dywagować, rozmawiałem z nim, na pewno przyjedzie, znajdzie chwile czasu, chodzi przecież żeby pieniądze nie rozeszły się na pierdoły. Dość już tych zapyziałych dywanów z roztoczami.
- Będzie zimno, centralne przy panelach rypie po kieszeni!
- Trzeba wnieść do jednego pomieszczenia wszystkie graty. Co można, zrobi się wcześniej, żeby Jurek nie bawił się w sprzątaczkę.
- Wszystko kupiłeś, transport masz opłacony?
- Raczej tak; narzędzia są, farby, rozpuszczalniki; dechy jutro przyjadą, jak coś będzie brakować, karniesz się, do Catastrofy, oni mają zawsze otwarte.
- A dywany idą na wystawkę?
-Tak w prezencie mikołajkowym, na pewno ktoś weźmie i skorzysta.
Subtelna atrakcyjna pani kierownik pozna bratnią duszę, którą będzie mogła sobie porządzić.
- Baśka! Ciesz się życiem! Ja i Tomasz niańczymy jak dziecko naszą miłość, a inni w tym czasie, brużdżą, trwają w zazdrości, trwonią czas i pieniądze na wróżkę czy psychoanalityka.
- Karla nie wybrałabyś się ze mną na zakupy, muszę gdzieś pójść żeby nie wpaść w depresję.
- Dziewczyno daj spokój, jesteś moją kumpelą.
- Ale Karla wiesz jak mi jest trudno, nie wiem jak to będzie dalej.
-Powinnaś zapisać sobie w notesiku wtorek i czwartek siłownia, twój mąż na to pójdzie. Pracujesz w biurze, mało ruchu, chandra człowieka dopada, a tu raptem parę złotych na ćwiczenia, zastrzyk adrenaliny, żyć się chce i siły witalne wracają.
- A jak tam u ciebie?
- Nie narzekam, ruch jest duży, zamówień mam na dwa miesiące, głównie zagranicę. Lidię i Oskara wysyłam na wieś do dziadków, tam będą miały tradycyjny nastrój. A Tomi już szaleje, wymyśla cuda, żeby tylko mnie uszczęśliwić.
- Ty to masz dobrze, na każdej płaszczyźnie sukces.
- Jednak kochaniutka, nie zawsze tak było, kiedyś myślałam kategoriami pieluch, obrączek czy liczników gazowych. Kto wie, co by ze mną było gdyby babuszka nie sprzedała mi pomysłu?
- A ja głupia w tych ubezpieczeniach i wciąż mam dylematy moralne, co robić.
- Baśka ty ciągle swoje. Mówię ci dziewczyno wciągnij brzuch, mrugnij rzęsami, zajmij się sobą! Szkoda Życia!, Po świętach wspólnie popracujemy nad twoja lanserką. Muszę już kończyć Wiesz drobne szczegóły a znaczą.
- Karla dzięki za to, że potrafisz solidnie doradzić, wysłuchujesz i piszczysz wspólnie ze mną. Co ja bym bez ciebie zrobiła?!
- Daj spokój przeglądnij mój wortal, dodałam parę modnych świetnych kompletów idą jak bułeczki, pracownicy od jakiegoś czasu nie nadążają z dzierganiem.
W pogańskiej tradycji Mitra był bogiem światła, uosobieniem czystości i cnoty. Mam problem, nie ma niebieskich żarówek, a one dają efekt szpitalny i dobrze eksponują zawieszone na ścianach obrazy. Jeśli chodzi o robotę: najpierw zajmę się kuciem rowków pod elektrykę, potem będę gipsować, myć, zagruntuję ściany pod szpachlowanie, a na koniec farbą olejną wymaluję okna i kaloryfery. - Te niebieskie żarówki! Wszyscy czekamy na Jurka. To jest ja i ojczulek, blichówka, młot udarowy, robocze ubrania. Sąsiedzi muszą pojąć nasze priorytety. W praktyce wszystko można zaadoptować i pomieścić. Wierzysz, że Chrystus zrodził się w Betlejemskim żłobie, porażka, jeśli się nie narodził w tobie.
Dobroć, uciechy, gościnność. - Zimą przyroda odpoczywa, sklepy, lodówki, spichlerze pełne jedzenia, optymalna pora by skorzystać z Saturnalii. Trzeba jeść, pić! Dzień krótki, w Skandynawii ludzie siedzą pod żarówkami, w Rosji piją wódkę, my podniecamy się na starcie blond Barbarą. Koncept oryginalny rewelacyjny, tyle, że moda nie jest wszystkim. Nie ma zlituj, szykuję remont operę „Cyrulit Sewilski”. Libretto o tym jak bym reagował, gdyby przyszli do mnie goście z okazji urodzin, ale w zupełnie innym dniu i zamiast traktować mnie jak człowieka dorosłego widzieliby we mnie niemowlaka, śpiewając pieśni o piastowaniu, noszeniu na rękach, moim dzieciństwie? Potem byłyby prezenty, ale nie dla mnie, tylko dla przybyłych i życzenia urodzinowe, ale znowu nie dla mnie. - Nasze_stringi: niezwykle zawiła kompozycja, pełna gama barw i rzadkich materiałów.
- Kochanie! Polki są piękne, chętnie się obnażają tyle, że anonimowo jak zakonnice, nagminnie noszące serpentyny. Może opublikuj Karla na swych stronach te ankiety i zobaczysz, co będzie się działo.
- Przestań mnie podchodzić. - Podniecasz mnie! Mówisz jak zboczony nowicjusz, a przecież, tyle już za nami.
- W miłości trzeba być świeżym, pielęgnować wszystko, co dobre, a nie wpadać w rutynę i prątkować szarością! Blondi nawet sobie nie wyobrażasz ile dla mnie znaczysz.
- Ja też cię kocham i uważam za wartościowego człowieka.
- Co moja Business Woman chciała by dostać pod choinkę?
-Tom, a może zamiast świąt wybralibyśmy się na Sylwestra do Egiptu?
- Nowy Rok Semiramido zostawmy na potem, ja chcę obdarzyć moją wybrankę romantyczną niespodzianką. Końcówka roku, mocno mnie wypruła, marzy mi się rodzinna wilia we dwoje.
- Dobrze będziesz ją miał, kupimy ciasta, sama coś tam przygotuję. Tylko nie dwanaście potraw; musiałabym dwie doby jak babcia stać nad garami, ale, co trzeba przygotujemy.
- Wigilia zakochanych cudownie. Niczego tak nienawidzę, jak siedzenia przy stole z krewnymi, których imion nawet nie pamiętam. Trzeba wszystkim mówić, co się ma ile się zarabia, a oni i tak są nie w sosie, bo testament został wedle nich źle podzielony. Do tego jeszcze marne podarki, potem wyrzucane gdziekolwiek lub zwracane do sklepu.
- Krawaty, skarpety, szaliki, chusteczki. Gdzie im tam do moich szydełkowych wyrobów z Konielowa.
- Nie żartuj? Ludzie przestali przezywać święta i jak mówi ten psycholog Samson. „Wszystko pełne jest hipokryzji, żaden, to czas refleksji, skupienia, nad swoim życiem”. Co to w ogóle jest? Siada się ze szwagrem do stołu, wypija pół litra i w przerwach między kolejnymi posiłkami ogląda telewizję!?
- Dlatego ja misiaczku wolę Sylwestra.
- Dobrze, że nikogo u nas nie będzie, spędzimy sobie ten czas jak najlepiej, nikt nie będzie się dąsał, że mu coś tam nie smakuje, że bigos przesolony czy coś podobnego.
- Ale Karpia ty będziesz musiał zabić?
- Ubierzemy razem choinkę! Czynsze już opłaciłem, domena wykupiona, wszystko jest Ok.! Święta idą nie trzeba już zmartwień.
Ani apostołowie, ani ich bezpośredni spadkobiercy, nigdy nie lansowali dokładnej daty urodzenia Mesjasza. Po wtóre grudzień, nie jest miesiącem, w którym pasterze prowadzą wypas zwierząt... Najprawdopodobniej Chrystus urodził się we wrześniu lub w październiku, cztery lata przed naszą erą. Dokładne wyznaczanie dnia nie jest aż tak istotne. Spokojnie wiec można pracować. Nie bełtać motywów pogańskich z Chrześcijaństwem. Kultem Mitry, Zimowym Przesileniem, Saturnaliami.
- Jurek jednak przyjedzie po Brumalii i tak ma szczęście, że go wypuścili z roboty. Zatem czas zaczynać! W głębi duszy czułem, że tak będzie.
- To, co ty robisz jedno pomieszczenie, a ja mam zając się drugim.
- Tak wypada ojczulku.
Niektóre kościoły wyprawiały urodziny Jezusa 6 stycznia, inne 20 kwietnia, 20 maja, 29 marca, 29 września, w końcu doszło do takiej schizofrenii, że ustalono, iż najlepszy będzie 25 grudzień, dotychczasowy czas obrzędów solarnych, dla lepszej formy adaptacyjnej. Co dalej: w 351 roku papież Juliusz Pierwszy wydał dekret, oznajmujący, że dzień ten ma być obchodzony jako pora mszy Chrystusa: Christ- Mass! No i tak jest do dziś. Gwiazdka i tak dalej. - Jurek całą tę obrzędowość puszcza bokiem. Banalnie siedzi przy stole i się zażera. W ostatnim czasie dużo tyrał, spalił mnóstwo kalorii, teraz patrzy na choinkę, wstawioną po raz pierwszy do chałupy w XVI wieku, gdzieś tam hen daleko w Alzacji.- Miał, to być synonim rajskiego drzewka, zamiennik wcześniejszej pogańskiej jemioły, ostrokrzewu czy bluszczu. I wzrok mu mętnieje. Wolne miejsce dla duchów, krzesło przy stole pozostaje wolne, sianko pod obrusem, również nie wróży, gdzieś umknęła duchowość grudniowych świąt, a może, meritum zawsze było chybione? Współcześnie bóstwo płodzi się w hipermarkecie. W milionach domów wygląda się gwiazdki, przybycia reniferów z Mikołajem. Dorośli mają przeciążone stoły, dzieci prezenty, aby, przez chwile były cicho, za nim poproszą o porcję dalszych maskotek. Złamani Opłatkiem.
- Kocham ciebie Tomaszu, podobnie Basię. Z wami na nowo poczułam, że żyję! Jesteś dobrym, inteligentnym mężczyzną, bez porównania uczciwszym od mojego byłego męża. Cieszę się, że wynająłeś tę kawalerkę, że wydajesz na mnie tyle pieniędzy z własnej kieszeni. Z okazji, Christ Mass chciałabym życzyć tobie odwagi i wszystkiego, co daje radość!
- Karla! Ja też: Papa Noel „Tatuś Boże-Narodzenie”...
- Przestań.
- Christkind „Boże Dziecko”, Mikołaj, Dziadek Mróz. Twój Tomasz dziękuję ci bardzo, za wszystko, co uczyniłaś dla naszego związku. Marzę o tym abyś nigdy nie była smutna i samotna, żebyś się nie nudziła, wciąż chwytała wiatr w żagle i w sercu nie czuła ciężaru przeszłości.
- Dziękuję Mój Drogi.
- Tyle potraw przygotowałaś: barszcz, uszka, karp i sałatka. Wszystko takie apetyczne, aż ślinka leci, prawie jak w dzieciństwie.
- Zrobiłam, co mogłam.
- Mam dla ciebie upominek, rewelacyjny prezent na każdą imprezę: urodziny, imieniny, sylwestra intymne sukienki dla pań i panów. Jak trzeba będzie, to ubiorę się dla ciebie?
- Tomku mój forever & ever będziesz moją „męską kobietą”, Nie jak kobieta kobietą, ale męska kobietą..
- Są tam też fartuszki, które w lecie można założyć przy grilu.
- No, co ty powiesz, tyle w tym zaskoczenia wspólnego poszukiwania szczęścia. Tomek dziękuję za twą pomocną dłoń, za nasze rozmowy, niekoniecznie mądre i za wsparcie w każdym, kompletnie każdym działaniu i za to, że tak kosmicznie potrafisz poprawić mi humor.
- Mówiłaś o Egipcie wiec będziesz w tym przezroczystym wyglądać jak Kleopatra.
- Daj buzi Nikt nie dał mi takiego jajecznego upominku jak ty. Przyjaciel jak przyjaciółka, któremu wszystko, definitywnie w całości mogę powiedzieć, o moich włosach, że czasem nie błyszczą i o paznokciach, że się łamią. I wiem, że nie będziesz tego wyśmiewał, że zniesiesz ze mną wszystko, że nie przestanę czuć cię obok.
Ech raz młotem i dwa!
- Pięknie, odpada tynk od sufitu.- Wołam na cały głos, żeby usłyszeć potwierdzenie ojczulka, że równie dobrze idzie mu zajęcie w drugim pokoju.
- Ile, to już lat nie obchodzimy świąt?
- Czemu pytasz, będzie około piętnastu!
- I zobacz rogi nam nie rosną.
- No nie, korzysta się ze swobody, podczas gdy ludzie gubią coś niepostrzeżenie, gonią i zabijają się dla całej masy spraw związanych z tradycją.
Ech! A teraz przecinakiem wzdłuż ciągu linearnego.
- Jurek tuż tuż, a tu elektryka nie zrobiona!
- To się spiesz!
- Spieszę się ojczulku: stukam, pukam, boruję. Pojawiam się w oknach podświetlony jupiterami, wszystko to wchodzi w kolizję z otoczeniem.
- Gdy kogoś gwałcą, mordują, ci sami ludzie zasłaniają story w oknach?
- Wiesz widzę przez okno jakaś babcie, która mi złorzeczy.
- A ja równie wiekowy czuję się jak młoda gwiazda na estradzie.
- Wal w takt rytmu na trzy-czwarte młotem, bo wszystko musi być skończone, bez względu na czyjąś gehennę. Do boju ludu roboczy!
- Karla jeszcze coś ważnego chcę abyś się dowiedziała, to ważna decyzja, chyba najważniejsza decyzja w moim życiu.
- Nie mów nic, zgadnę sama! Mój reniferze w stringach haftowanych ściegiem mozaikowym. Intuicja mi szepcze
Antychrysty! Bez krzty respektu dla świąt i ludzi!
- Jak myślisz ojczulku ile kasy Jurkowi za tę fuchę będzie się należało?
- Na pewno z parę set złotych! Gładzie, panele. Jurek kanty musi jeszcze wyprowadzić.
Remont, remont, po trzykroć remont!
- Kochanie gdy powiem koleżankom, o tym, że bierzesz dla mnie rozwód, będą sikać z zazdrości.
- Karolina odchodzę od żony, bo cię kocham. - Urwijmy jednak tę rozmowę na kilka minut. Słyszysz, co się dzieje w tym bloku, przecież, to istne szaleństwo. MŁOT THORA! Dłużej tego nie zniosę. Biegnę obić te skończone mordy pogan, co to cholera dla świętości nie mają szacunku.
czwartek, 6 grudnia 2007
Zasłona Dymna
Cóż za orłowe postaci!
Niedarmo drżały niziny
Szepcące o nich:”skrzydlaci”...”
[W. Orkan]
Wiele lat temu podczas pobytu w Tatrach wybrałem się wraz z towarzystwem na Orlą Perć, to nie był mój pierwszy raz! Założeniem było przejście uzupełnienie odcinka od Koziego Wierchu do Przełęczy Krzyżne. Nic innego jak turystyczna ambicja. Naszą bazą noclegową, było schronisko imienia Ludwika Zejsznera. Mimo braku komfortu było wspaniale. - Często przy wspominkach lubimy koloryzować, wypierać, to, co niegodne pamięci, a z czasem mówić o przeszłości jak o mitycznej idylli, w której realizowała się nasza młodość, zamazując narrację w jeden bezwarunkowy czas naszej sentymentalnej tożsamości. - W schronisku jak zawsze panował tłok, spaliśmy, więc na podłodze, to pewnego rodzaju egzotyka, ale bez przesady, już będąc nastolatkiem sypiałem w czasie rozmaitych podróży, a to pod kasą kolejową w Krakowie, a to w lesie gdzie wyściółką legowiska były gałęzie świerku... Pogoda wiadomo w górach zwłaszcza w tych wyższych raz w porządku, innym razem nie pozwala wychylić głowy przez kilka dni. Stan taki może być niekorzystny, kiedy nasze zapasy żywnościowe, nie maja przewidzianej większej rezerwy. - Bufet schroniskowy do tanich nie należy, patrzyliśmy, więc na to jak za oknem pada deszcz, jak w środku izby turyści napychają się fasolką po bretońsku, flakami z olejem czy jajecznicą na bekonie. Jeśli chodzi o sanitariat, każdy miał w tym miejscu przeboje. Po otwarciu drzwi ustępu, następował szok trzeba było wypionować się na piętach i krokiem Pinokia podążyć po zalanej moczem posadce, aż do ściany płaczu, zżartej przez ogromnego grzyba. Kuśtykało się na bezdechu, sznurówki nie mogły być luźne, niczego nie można było dotykać!
Po kilku dniach wreszcie pogoda, słońce rozświetliło Dolinę Pięciu Stawów Polskich, na, tyle, że wszystko, co marne poszło w niepamięć. Nawet próbowałem, ten sposób myślenia, związany bardziej z nastawieniem na naturę niż cywilizacje przeszczepić obcokrajowcowi, który biedny przeskakując z nogi na nogę, prosił mnie o pomoc, abym zdradził mu gdzie ukryte jest miejsce, w którym będzie mógł zaznać ulgi. W lesie, w kosówce – In the forest! - Odpowiedziałem. Nie mógł pojąć, w czym rzecz. Potem na werandzie widokowej schroniska podszedł do mnie z uśmiechem i potwierdził, to, co wcześniej próbowałem mu uświadomić. - Yes Dablju Si in the forest! Odkrycie Ameryki! Ale tego nie wie się od razu, nie dowiemy się o tym z katalogów reklamujących Polskę.
Jest cale multum ikon wskazujących na idylliczność rzeczywistości. Każdy z nas rozpycha się rękoma i kopie nogami, bo ktoś-coś tam obiecał! Zapewniano – Bądź z nami, opłaci się! Rozwiniesz się, zaznasz bezpieczeństwa, firma ciebie potrzebuje, grupa kocha. Tyle jest możliwości, można podnieść kompetencje, uczyć się, wdrażać w czyn nowe projekty. Państwo pomoże, kościół wesprze, partia wylansuje... Jak w poradniku zwiedzamy wodospad Siklawę, będzie i czas żeby pójść w górę, wierze w to, wyciągam rękę, na tle dłoni widzę szczyty Granatów. Czemu nie miał bym skorzystać? Przecież, to pikusie, teren turystyczny, trudności w skali tatrzańskiej dwa no góra trzy, żadnych lin, łańcuchów, nie trzeba, chodzi o czystą satysfakcje bycia na grani. Przecież coś człowiekowi od życia się należy!
Przybijam pieczątkę schroniska Nowa Przetoka. Mam plecak, wrzątek za darmo, jeśli trzeba będzie odremontuje się przed wizytą ulice, wymaluje trawnik na zielono, chwyci za bron, żeby sobie w patriotycznym uniesieniu pobaheterować. I wreszcie odpoczynek balanga przy butelce wódki. Karnawał z maskami na twarzy jak w rozkładówce playboya, ksiądz, pop-dyrektor, pastor czy przewodniczący, wszyscy jak jeden mąż, trzeba dawać ciała żeby żyć. Mgła pobratymców!
„... gdzie księżycową nocą,
Cień śpiących Tatr długą się smugą kładzie.
Gdzie blaski mdłe na jezior tle migocą.
A iskier pęk na srebrnej gra kaskadzie!”
[L. Rydel]
Żeby iść w górę do celu, po to tu przyjechaliśmy, później wrócimy do miast, do cywilizacji, powspinamy się jeszcze w Kluczowodach i Bolechowicach, wywołamy zdjęcia, coś z niczego się narodzi. Maniek cóż, odpadł, zarżnął się piwem, odparzył nogi, a przecież już się klarowało. Tyle jego, że ujrzał Wielką Niedźwiedzicę, tuż przed jej zgonem, przenosinami z Tatr do Gucwińskich, osierocone potomstwo, które później błąkało się po Wrocławiu. Do góry marsz! W stronę Przełęczy Krzyżne, podzieliliśmy się na dwie grupy. Ekipa pierwsza trzy osoby maszerująca bezpośrednio w stronę przełęczy i ja solo udający się w stronę Koziego Wierchu, a stamtąd przez Granaty do Krzyżnego. Było nie było wszyscy czuliśmy się pewnie.
To względne uczucie, kiedy człowiek myśli, że jest tak jak być powinno. Chcą nas, kochają, lubią, dają szanse, nic tylko brać! Frajer by nie korzystał, albo leń, który nie chce kiwnąć ręką. Robota, kariera, płaca godna kompetencji, dobre społeczne relacje, przydatność. Wszystko jak wyświetlają w reklamach, pełne zaufanie, emerytura, ochronka. - Tyle można! Ten, kto się waha potknie się o sznurówkę i padnie twarzą w posadzkę przed ścianą płaczu. A jest do licha i trochę! - Pracownia filmowa, rzeźby, pionier misji globalnej, szkolenie na astronautę, oprawianie obrazków z Maryjką, luksusowe warunki pracy, a nad wszystkim trzyma dozór kompetentna kadra kierownicza. Wejście pod Kozi Wierch od strony Doliny Pięciu Stawów, to nic szczególnego, nie było wiec żadnej rutyny, w samotnym wędrowaniu. W życiu nie wszystko robi się razem? A może ja tak myślę, a większość woli masówkę, wycieczki nad Morskie Oko liczące sobie 666 uczestników? Każdy musi wybrać, kiedy i w jakiej sytuacji razem lepiej czy samemu. Na wierchu przyjemnie, w dole schronisko, nad głową z wolna suną chmury, kozic jednak tu się nie zobaczy, za duży ruch, każdy przecież chce zaliczyć Orlą Perć, indywidualnie wpisać się w masowy rozgardiasz, taka moda trzeba być oryginalnym jedynym w swoim rodzaju. Znaki, szlaki i co tam jeszcze latanina w jedną stronę, zwiedzający giną, spadają w otchłań. Szarik zjada swoją kitę.
Granacka Przełęcz (2145) – W początku lata niebezpieczny śnieg. Zszedłszy nieco na stronę Doliny Pańszczycy wykonuję powietrzny trawers w urwisku Orlich Turniczek (2155) A potem przez spiętrzenie Orlej Baszty (2175)- idę szlakiem mijając wierzchołek.- Dobra pogoda zmieniła się w mgłę, widocznie jestem w chmurze? Brnę mimo wszystko dalej! Osiągam dwunastometrowy kominek i nim schodzę na Pościel Jasińskiego (2125). Trzymając się w pobliżu grani, perć prowadzi...?
Partia chce naszych składek. Skąd możemy wiedzieć, czy ci, którzy deklarują miłość i przyjaźń, nie potrzebują nas do zaspokojenia swoich potrzeb? Żaden folder informacyjny czy reklama nie oznajmi nam, że towar w sklepie jest wybrakowany, że prezes firmy wykorzystuje pracowników, nie płacąc im na czas. Kapłani oczekują zaangażowania, abyśmy ślepo wierzyli w ich słowa, płacili myto na ich potrzeby. Wszystko jest wybiorcze, pomoc doraźna, wyrachowana. Pomagacze, chcą profitu. Stajemy się niewolnikami, bo ktoś kupił nas za mieszkanie, pracę, fantasmagorię kariery, później zakładamy powróz i jazda ciągnąc furę, w kondukcie żałobnym.
Nie ma wizji, nie ma celu, ktoś wrzucił w tłum racę, nie wiadomo gdzie jest północ, gdzie południe, ktoś się o nas obija, popycha. W płucach gryzący dym. Pełno tego, żeby nic nie było widać, trzeba wszystko ukryć, na zewnątrz i w środku. Szczerząc zęby dla niepoznaki, stajemy się kłamcami.
Wszystko na nic, grubo deszcz zacina. Nawet nie ma sensu ryczeć o pomoc, nikt by nie usłyszał. Wspięło się, pora zejść; po omacku, ale jednak! Najpierw przez półki, potem przez ścianki, żlebami? Intuicyjnie w stronę doliny, aż dojdzie się pod strzechę. - Chwilami pełno rumoszu. Przezornie, żeby nie skręcić nogi. Granit śliski! Zadanie dla rąk i nóg, zygzakiem w dół. Nic tu po mnie!
Wojtek Krzysiek i Robert, w schronisku, pewnie siedzą przy stole i jedzą gorący kisiel. Oni też poczuli dupnięcie. Szkoda Orlej! Żal Krzyżnego, tyle dni tu kiblowaliśmy i nic! Kiedyś się jeszcze spróbuje, nie można mieć pretensji do świata natury. - Jeśli coś będzie nie tak... W Szatanim Żlebie diabeł strzeże cennych kruszców rażąc śmiałków kamieniami! Po kilku godzinach marszu trafiłem na szlak schodzący z Przełęczy Krzyżne ku Nowej Roztoce. Byłem w domu, tęsknił mi się wrzątek i ciepło izby, w której snują się biesiady przy zapalonych zniczach. Byłem ciekawy, w jaki sposób pierwsza ekipa rozegrała scenariusz po przeciwnej stronie szlaku. Gdyby tylko chodziło o mokre ubrania.
W orlich opowieściach zawsze dobrze! Hardzi wyszliśmy z Doliny Pięciu Stawów, być może, dlatego, że wzlatamy odpada, więc chodzenie na piętach ku potrzebie! – Wiążę sznurowadła - Logo Zimowej Stolicy Olimpijskiej z wielgachnie długim nosem Pinokia.
czwartek, 27 września 2007
Czas Wdrożenia?
- Lęk jest zawsze psychiczny, bo fizyczny w tak krótkim czasie działania 0,02 – 0,01 sekundy, jest przez percepcję ludzką nie do zauważenia. Po prostu rozpędzasz pojazd do 50 km/h. I uderzasz nim w ścianę, ogląda, to wszystko przeszło setka osób, są media, goście zagraniczni, tajne służby. - Nie zapinamy pasów, testujemy nowe urządzenie, zderzak, który wywołuje opór świata nauki. Dziewięćdziesiąt procent energii kinetycznej zostaje przechwycona, skierowana w innym kierunku. Nie ma rezultatu zgniotu, nie trzeba nożyc do rozcinania karoserii. Kierowca jest żywy, zdolny do kolejnych pokazów.
- Zderzak Łągiewki, to dopiero początek autor nie wie, ile, to wszystko będzie go kosztować. Jest przecież „NIKIM”, lub jak inni wolą czarodziejem czy majsterklepką z prowincjonalnych Kowar! Wykształcenie, jakie posiada dla doktorów, inżynierów, sztabów urzędniczych jest żadne. Raptem wymęczył jakieś tam liceum, więc tak naprawdę nie ma, o czym mówić, nie zachodzi potrzeba...
- Trzy masy, inne zjawiska, procesy. W tym przypadku Newtona, nie zastosujesz, a obiektów może być nieskończenie wiele. Nie rozumiem, dlaczego fizyka nie poszła w tym kierunku, przegapiono bardzo proste rzeczy. – Tak myślę! Jak ja, taki prostak mogłem na to wszystko wpaść? - Od lat młodości kombinuję i myślę, najpierw miałem swoje laboratorium, potem zająłem się mechaniką; ta gałąź fizyki szczególnie mnie pociąga. Nie zaliczam się ani do teoretyków, ani do ścisłej grupy praktycznej. Czasem zanim coś się wymyśli, trzeba wyprowadzać wzory, układać fizyczne łamigłówki, potem przychodzi kolej na eksperymenty.
- Wiele rozgłosu o nic! Ucichnie lub szybko zgnije jak grzyby w lesie. Media zawsze są podekscytowane nieprawdopodobnymi historiami, a zderzaki są wadliwe i nigdy nie wejdą w użycie, nie ma odpowiedniej naukowej dokumentacji, nikt tego z zewnątrz nie badał. Potrzeba autorytetów, aby w nauce uznać coś za obowiązujące!
- Pokaz z 21 listopada 1998 roku, to dopiero początek. Od tego momentu zaczęła się tak zwana akcja zaczepna. Ford wystosował do mnie ofertę, abym za pewną kwotę zrzekł się wszelkich praw do wynalazku. Daewoo, też zainteresowane, postulowało, że owszem zajmie się badaniami, lecz o żadnych wynikach mnie nie poinformuje. Zrozumiałem, że wiele liczących się podmiotów, pragnie schować do szuflady, wszystko, co wiąże się z zagadnieniem odprowadzania sił bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Pojąłem, że nic szybko się nie stanie, że dla przebicia się z ideą, jej dobra, wcielenia jej w życie trzeba obrać metodę małych kroków. Stałem się ostrożny. Przed Nami Rewolucja!
- Ten odkrywca, no jak on mieszka. Rodzina jego boryka się z problemami, a on lekkoduch wymyśla perpetuum mobile. Żona i dzieci, wierzą w niego czy nie wierzą? Bieda, bezrobocie w domu, telefon odłączony, dodzwonić się nie można! Chłop w kilku koszulach biega, to ma być przyszły noblista? Zrobił wielki szum w Kowarach i myśli, że mu wszystko wolno, takich, to powinni zamykać, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy.
- Ogromny udział, pomoc w przecieraniu szlaku, w zrywaniu zasłon i uprzedzeń, skostnienia, ma mój przyjaciel z Krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej profesor dr hab. Stanisław Gomuła. To on jako jeden z pierwszych potraktował moje odkrycia poważnie, zgodził się przyjrzeć testom, przeprowadził analizy, pomiary, badał na Katedrze Maszyn i Urządzeń Energetycznych zjawiskowość nowego zagadnienia. Na pewnym etapie pomogła mi też Politechnika Poznańska, wykonano potrzebne modele i za to dziękuję, bo w innych placówkach naukowych natrafiłem na intelektualny beton. Wrocław uważał mnie za szarlatana, studenci pisali pracę magisterskie, a na oczy mnie nie widzieli, czerpali wiedzę z internetu – Ignorancja!
- Spotkałem tego dziwaka w czerwcu 2001 roku, w „Klubie Stajnia”, nawet z nim polemizowałem, ale on tylko ten zderzak, hamulec dynamiczny i tak dalej, a jak spytałem o procesy, to mi zaczął jak pętakowi wektory rozrysowywać na tablicy. Ja mam masę spraw do prowadzenia w rektoracie, wystarczająco wiele żeby sobie dać spokój z tego rodzaju historiami o cudownych samochodach, co to można z nich wyjść po kolizji bez szwanku.
- Wchodziłem w konflikty w kryzysy, a to problem natury teoretycznej, innym razem ktoś chciał zabrać mój patent, podpisywał się na dokumentach bez mojej wiedzy. Dla wytchnienia uciekałem w pracę nad pędnikiem i testami z hamulcem dynamicznym, tu mnie nie dosięgną, mogą obrzucać błotem, ale nie przyjdzie im do głowy być w nowych miejscach. To nie jest kwestia tworzenia, raczej odkrywania. W fizyce wszystko już istniejące, tylko trzeba, to odsłonić zrozumieć. W wypadku hamowania z zastosowaniem hamulca dynamicznego czas 0,5 – 1,5 sekundy, pozwala już odczuć, w czym rzecz. Jedziemy autem i podobnie jak w zderzaku stosujemy mechanizm odprowadzenia siły bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Gwałtownie stajemy, ale nie ma efektu wyrzucenia naszego ciała w przód, co więcej nawet, gdy szklankę napełnioną wodą, będziemy trzymali w ręce, to przy gwałtownym hamowaniu nie straci ona swej zawartości. To proste, hamulec i zderzak mogłyby ocalić setki tysięcy istnień ginących na drogach. Co do pędnika, odbiega ideą od wyżej wymienionych mechanicznych innowacji. Przedmiot ten, to nic innego jak uniwersalny silnik, prosty gabarytowo w porównaniu z obecnie istniejącymi. Większość pojazdów na świecie czy to samochody, czy statki, samoloty, potrzebują odpychać się od ziemi, wody czy powietrza, żeby skutecznie przemierzać przestrzeń. Problem, co w momencie, kiedy mamy cały ten skomplikowany mechanizm w postaci na przykład luksusowego samochodu, stojącego na idealnej tafli lodu? Otóż mimo silnika i paliwa, Bierny-Mierny-Wierny nie ruszy z miejsca, a przy zastosowaniu pędnika owszem będzie jechał. Energia hermetycznie zamknięta, zmagazynowana w silniku, wykorzystuje zderzenie klasyczne plus efekt Łągiewki, trzeba, to widzieć, na modelu żeby jasno zrozumieć, o co chodzi. Nie jestem w tym przypadku ścisłym nowatorem, podobne badania były już prowadzone, uważam, że trzeba je kontynuować. Pędnik wewnątrz siebie ma zmagazynowaną energię, która odpowiednio wykierowana puszcza obiekt w ruch. Nad tym pracowałem w Długołęce.
- Do czego, to można zastosować? Łągiewka za dużo generalnie myśli i mówi, przychodzą różni tam do niego, dzieje się, to bez żadnej kontroli. Niech WSI bezzwłocznie interweniuje. Przerwie dywagacje, przyjrzy się planom, może wykorzystamy, te zderzaki, hamulce i pędniki w armii? Temu profesorowi Gomule, też narzucić klauzulę – Ściśle Tajne! Zarekwirować cały sprzęt i papiery do naszych instytutów badawczych. I ostatnie, postraszyć dziennikarzy i zablokować wszelkie dane w internecie, żeby nie było żadnych wycieków. Sprawą powinien zająć się minister.
- Mgliściej, co raz tępiej, co raz mniej wiary w Polskę! Same przeszkody! Dla wielu ideałem byłoby gdybym nie istniał. Nie pozwolą człowiekowi normalnie pracować, wprowadzać wynalazki w życie. Zbyt ciasne horyzonty, średniowiecze w głowie. - Źle, tragicznie, bo samochody mniej się będą psuć, ludzie obejdą się w wielu wypadkach bez pomocy. - Mamona, wyrachowanie i strach, splatają całe gałęzie przemysłu. W Kowarach mógłby powstać zakład zderzaków, przecież jest bezrobocie, a pan minister proponuje mi warunki, na których więcej skorzystają urzędnicy niż sztab badawczy, wdrożeniowy czy zwykli ludzie. - Dobrze, że zwrócili przyrządy. Wstydzę się, ani ja, ani moja rodzina; synowie czy wnuk nie mogą liczyć na profit z pracy.
- Jestem na tropie nowości, nie porzucę zagadnień, które wiążą człowieka na całe życie?
- Wdrożenie, to mglista sprawa lepiej może pomyśleć jak unicestwić tę negatywną energię polskiej inercji, aby nam wszystkim nie szkodziła. Jak tu się realizować? Na około pęd do władzy, bonusy w oczach, pycha i nonszalancja. Szkoda życia! Najprawdopodobniej będzie tak; poczekają aż pan umrze, a wtedy położą ręce na całości lub wszystko ucichnie i będzie jak chce beton po staremu. Wydaje mi się, że lepiej „krowy” paść za granicą niż w Polsce być dyrektorem!
EUreka! – Optymalna opcja dla dotychczasowej budowy zderzaka! Teraz można uderzać samochodem w ścianę z prędkością 100 km/h. - Energii nie trzeba już zamieniać w ruch obrotowy, jak było do tej pory, to lepszy sposób mniej wadliwy. - Przemek skończył już AGH, będzie moim zastępcą. - Błąd polegliśmy na polskim rynku! Postanowiłem opatentować swój zderzak w Unii Europejskiej, z patriotyzmu wyleczono mnie elektrowstrząsami. - Warunki do rozwoju i pracy zapewnia mi niemiecka firma MFS, należąca, do Georga Piontka. Czekamy na zamknięcie procedury patentowej. W Iserohn, koło Dortmundu, powstają najnowsze modele i prototypy. Co jeszcze Otrzymuję, co miesięczną pensję i pełne wsparcie w pracach, załatwianiu spraw formalnych. Myśli moje i zajęcia koncentrują się na tym, co trzeba. Nie potrzebuje wielkich pieniędzy, uważam, że miło byłoby godnie spędzić starość. Zależało mi na interesie w Polsce, ale bardziej szanują mnie Hiszpanie, Niemcy, niż rodacy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: Jestem Europejczykiem i kocham swoją rodzinę!
- W środowisku naukowym zapadła głucha cisza, ale, to nie to samo milczenie, co kiedyś! Każdy chciał coś znaczyć, ugrać, przejechać się na plecach Lucjana Łągiewki.
środa, 19 września 2007
Miłość w przedziale 12/18
- Jakie ty masz życiowe doświadczenia? Nie mówię, że jesteś głupi i nie wiesz ile jest dwa razy dwa, ale brak ci wiedzy pod tym względem.
- Pod jakim?
- Powiedzmy, życia i ogólnie!
- Przykłady, przykłady?
- Odpuściłeś sobie między innymi zajęcia z wychowania fizycznego! Przez głupi WF kiblujesz!
- Odbij! Nie zmuszaj mnie abym podrygiwał jak kretyn, za stary już na to jestem.
- Taki siłacz, wyjadacz z ciebie, a pajacyk cię blokuje?
- Nie chodzisz do mojej szkoły, to skąd możesz wiedzieć, co w niej się dzieje.
Ludzie mają już potomstwo, a tu jakiś włefista każe ci robić pajaca i kręcić fikołki, przecież to żenada!
- I co dzieciaci z Harvardem coś osiągną?
- Pewnie tak, nie wszyscy muszą być wykształceni, po studiach prawniczych.
- Albo ciebie z tym pijaństwem, któraś dziewczyna na dłużej zechce?
- Są takie, co chcą, pełno takich na około, a i w internecie wystarczy parę razy kliknąć i nie możesz się odgonić.
- Roksanka i ten twój najlepszy kumpel, co ci ją odbija darmozjad Walerianek?
- Prowokujesz, a przecież wiesz, że jestem nerwowy i ostatnio cię przepraszałem.
- Co może kolegami mnie swoimi postraszysz? Wszyscy się z ciebie śmieją, bo Walerian chodzi i opowiada pikantne szczegóły. – Ty no i wiesz, ja ją tego i psi!
- Mało mnie, to obchodzi, czy będę sam czy z dziewczyną.
- I widzisz, tu masz kolejną słabość, brak odpowiedniego podejścia do lasek.
- Co do Roksany, to był taki chamski paznokieć. Na sianko leciała, no może z początku nie, ale potem się rozbestwiła.
- Prawie wszystkie są takie, kochają zwierzęta: norki w szafie, jaguara w garażu i osła, który na to wszystko zarobi!
- Ty od razu myślisz, ze ja chcę mieć żonę. W przyszłości może tak, żeby mieć gębę, do kogo odezwać i ogólnie. No, ale wiesz, to jeszcze zależy jak będzie, bo jak nie będzie sianka, to, co znajdę sobie żonę narobię jej dzieci, a potem będę musiał iść na puszkach żyć, albo chodzić po hipermarketach i pytać się o pracę?
- Czyli co, Walerianowi nie dasz po mordzie?
- On I tak już nie raz nieźle wyłapał. Z Roksanką było very good, ale potem zaczęły się wypominki. Wiesz, że ja jej do kina nie chcę zabrać, do restauracji I nic nie mam jej do zaoferowania tylko siedzenie na ławce.
- Może chciała pospacerować po parku, pójść do Mc Donalda lub na jakąś piccę?
- To też, ale zauważyłem, że ona szybko się nudzi, ogląda się za innymi kasztanami, zmienia upodobania, a Walerian nie miał dziewczyny, więc mu ją odpuściłem.
-To było po tym jak wylądowałeś z tym skrętem jądra w szpitalu?
- No jakoś tak, pamiętasz oni mnie już wtedy zaakceptowali na zięcia. Jak wy wychodziliście, to oni przychodzili.
- A tego nam nie mówiłeś.
- To były moje sprawy, zaraz jak wychodziliście z odwiedzin, brałem komórkę, puszczałem do niej sygnał i za godzinę były ona i jej mamuśka.
- Ale mięso!
- No tak, ale potem rozbestwiła się, aż wreszcie Walerian odziedziczył spadek. On wcześniej miał same porażki. Jedną klientkę, to niby zdradzał. To potem sam, do niej przypucował, głupi kasztan, z tą historią. To było jeszcze do odkręcenia, no, ale on po pijaku esemesy wysyłał z przeprosinami, tyle, że nie na ten numer, co trzeba, tak się zapętlił. Potem z tego całego lamentu chodził przez cały tydzień jak zbity pies. A ja wtedy już z Roksanką chodziłem, on chciał pożyczyć pieniądze na nalewki, to mu moja była dała. Jeszcze się tak złożyło, że wtedy była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy!
- Pożyczył kasę i poszedł na Owsika?
- Pił sobie nalewki, palił papieroski, zadżumił się totalnie; do domu wrócił bez kurtki. Jacyś tam się przyplątali, chcieli go nawet z mostu zrzucić, zabrać buty, ale wzięli tylko kurtkę, podobała się im. Walerian był zrozpaczony, miłość w głowie, zamiast uciekać, dał się oporządzić jak frajer.
- Dostał kosza, bo mu nie zależało!
- Generalnie, to pechowiec, innym razem przez dwie zaproszone na imprezę panienki wylądował w szpitalu. Niby z huśtawki spadł.
- To wtedy jak miał ten ogolony łeb?
- Dokładnie wtedy.
- Ja myślałem, że on za karka robi, a tu patrz huśtawka.
- Nic innego jak imieniny Żółtego, zaopatrzone w nalewki, jakieś tam koleżanki przyszły, było git! Walerian dobrze się bawił, nawet próbował tam wyrywać jedną larwę, tyle,że mu przerwano.
- Co się stało?
- A do drzwi waliły gachy tych panienek. Grzecznie dzwonili i pukali, niby zaproszeni a jakże z piwami. No a Żółty wstrzymał Waleriana, który z nimi tam przez drzwi rozmawiał, żeby ich olał i udał, głupa, że niby nie słyszy i nie rozumie, w czym rzecz. - A tu wiesz, muza ryczy na cały blok widać, że balety pełną mordą.
- To wymówki nie ma!
- Głupi posłuchał! Mówiłem mu coś ty zrobił. A on swoje. - To kasztany, kasztany!
- I co?
- Następnego dnia, jak szli na poprawiny do Żółtego: PrFF! PrFF! – PRZEKOPKA!
- O kurcze!
- Żółtego, to tak lekko obili, Kula po mordzie parę razy dostał, Banderka, to samo, a Waleriana, to tak obkopali, że w szpitalu wylądował ze wstrząsem mózgu!
- Tak to jest można dostać wstrząsu mózgu za nie odryglowanie drzwi!
- Trzeba było jeszcze naściemniać jego matuli, że Walery spadł z huśtawki. Wiesz mamka w szoku, jakby jej powiedzieć prawdę, to zaraz na policję by zadzwoniła i jej syn jakby tylko wyszedł ze szpitala miałby powtórkę z rozrywki.
- Bis przekopkę!
- Albo kosę by mu ożenili, oni wiesz tam bardzo szarmanccy są. No i sam powiedz ja mam jeszcze takiego człowieka bić, za to, że poszedł w tany z moja byłą?
- A ona go chciała czy on ją?
- Siedzieliśmy kiedyś, na placówie, pożarci już na maksa, I tak sobie już wszyscy żartowali ja już miałem szczerze wszystko gdzieś, machnąłem ręką. I wtedy Walery wystartował do Roksany – Sypiesz się czy trzeba z tobą chodzić? A ona na to. – To zależy, z kim, jak i dlaczego. Zobacz, jaka wyrachowana!
- Mają tysiąc szans, mogą wiecznie trwać!
- Wiesz, w zasadzie, to ja im dobrze życzę. Walerian ma większe możliwości finansowe niż ja, może będzie jej wierny? No, bo w moim typie ona nie była, pewnie w przyszłości ja bym musiał tyrać, a Roksana chciałaby mieć profity, a mi jakieś sianko też się należy.
- No jak każdemu!
- Dzieci nawet mógłbym mieć, ale wszystko zależy od warunków w kraju. Jak będzie lepiej, kto wie, a jak gorzej, to za robienie dzieci za nic nie będę się brał!
- Po mojemu to lepiej się uczyć, bo wszystko inne rozmywa się w „X” lat!
- Ja widzę, to inaczej lepiej mieć Harvarda i odpuścić trzaskanie pajacyka. No, bo co narobię dzieci, a potem gdzie one pójdą na śmietnik? Zamiast piąć się, spadną w dół?
- A ten twój przyjaciel, kiedy bierze ślub?
- Moja eks-teściowa mówi, że za trzy miesiące jak Roksanka skończy 16 lat! Bo wiesz, było nie było, jest trochę załatwiania; Zapowiedzi, kartki ze spowiedzi, obrączki, dziecko w drodze, tymczasowe dowody osobiste…